Spór o napis w Domaszkowicach. Burmistrz Nysy mówi o wandalizmie i kosztach naprawy
Sprawa ogromnego napisu w Domaszkowicach wywołała lokalny spór, ale dla władz gminy nie ma wątpliwości: chodziło o zniszczenie mienia publicznego, które kosztowało około 1200 zł i wymagało interwencji po nieskutecznych próbach zmywania.
Co wydarzyło się przy remizie w Domaszkowicach
Na publicznym, asfaltowym placu obok remizy w Domaszkowicach pojawił się ponad rok temu duży, żółty napis z treścią „referendum…”. Jak wynika z opisu sprawy, został wykonany niezmywalną farbą w sprayu, a nie kredą, mimo że część nyskich mediów określała tę sytuację jako „aferę kredową”.
Usunięcie śladu nie było proste. Próbowano szorowania szczotką ryżową, a na efekt nie pomogły też kolejne opady deszczu. Ostatecznie konieczne było zamalowanie napisu, a koszt materiałów i pracy wyniósł około 1200 zł.
Jak sprawa trafiła do policji i sądu
Zgłoszenia na policję dokonał mieszkaniec Domaszkowic, jednocześnie strażak OSP i radny. To on stał się później obiektem szykan, choć początkowo czyn zakwalifikowano jako wykroczenie.
Po czynnościach wyjaśniających policja zmieniła kwalifikację na przestępstwo, co doprowadziło do skierowania sprawy do sądu. To także funkcjonariusze ustalili podejrzanych w tej sprawie.
Akt wandalizmu nie jest elementem demokracji, ani tym bardziej „postawy obywatelskiej”– jak to się teraz głośno krzyczy. Demokracja to rządy prawa.
Kordian Kolbiarz, Burmistrz Nysy
Kim są oskarżeni i dlaczego ta sprawa budzi emocje
Według opisu sprawy oskarżonymi okazali się dorośli związani ze środowiskiem, które wcześniej miało zorganizować głośną procesję z trumną w Wielki Piątek. To właśnie ten kontekst - jak podkreślono - ma odróżniać ich od dzieci bawiących się kredą na chodniku.
W ocenie władz gminy nie ma znaczenia, co zostało napisane na publicznej powierzchni. Liczy się sam fakt niszczenia wspólnego mienia, które należy do mieszkańców gminy i za które trzeba później płacić z publicznych pieniędzy.
Dlaczego to ważne dla mieszkańców gminy
Ta sprawa dotyczy nie tylko jednego napisu, ale także granicy między obywatelską aktywnością a łamaniem prawa. Dla lokalnej społeczności to istotne, bo każde uszkodzenie mienia publicznego oznacza realny koszt, który ostatecznie ponoszą mieszkańcy.
Spór pokazuje też, jak różnie można opisywać ten sam fakt w przestrzeni publicznej. Z jednej strony padają oskarżenia o polityczne prześladowanie, z drugiej - wskazanie na działania policji, ustalenie podejrzanych i skierowanie sprawy do sądu.
Co dalej w tej sprawie
Sprawa jest już w sądzie, a jej dalszy przebieg będzie zależał od rozstrzygnięć wymiaru sprawiedliwości. Dla mieszkańców pozostaje pytanie o odpowiedzialność za niszczenie mienia publicznego oraz o to, jak podobne zdarzenia będą w przyszłości nazywane i oceniane.
Władze gminy podkreślają, że niezależnie od treści napisu, sam czyn pozostaje wandalizmem. To właśnie ten fakt ma być w tej historii najważniejszy.
Informacje przekazał Kordian Kolbiarz, Burmistrz Nysy.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!